Pies

Pies - OBRONA

O ile najmniejszy nawet piesek pokojowy może być czujnym stróżem (małe lękliwe pieski bywają nieraz za czujne i przez to mogą stać się uprzykrzone) — o tyle do obrony nadaje się tylko pies większy i mało bojaźliwy.
W naturze każdego psa drzemią dwa przeciwne instynkty: bojo­wy i instynkt ucieczki. Zależnie od tego, która skłonność przeważa, mówimy o psach odważnych lub tchórzliwych. W stanie dzikim między tymi dwoma popędami istniała równowaga. Pies pierwotny oceniał przeciwnika i jeśli dowierzał swym siłom, wdawał się w walkę sam lub wspólnie z towarzyszami sfory. Jeżeli zaś prze­widywał przewagę wroga, ratował się ucieczką, bo tak dyktował mu instynkt zachowawczy. Psy, które przeceniały swe siły, ginęły wskutek przewagi instynktu bojowego nad instynktem ucieczki. Ta równowaga została u psów udomowionych zachwiana.
Spośród niektórych ras, np. psów bojowych lub wielu terrie-rów, a także jamników, człowiek przez celową selekcję dobierał do chowu przez dziesiątki, a nawet setki pokoleń osobniki, które wy­kazywały wybitną odwagę, jak my byśmy to po ludzku wyrazili, połączoną z pogardą śmierci. Dlatego wśród tych właśnie ras trafia się najwięcej psów „trudnych do prowadzenia". Psy takie mają nadmiar instynktu bojowego, a instynkt ucieczki został u nich prawie wyeliminowany. Rzadkie okazy psów, które zupełnie instynktu ucieczki nie posiadają, nie nadają się na towarzyszy do­mowych i do nauki. One bowiem, jako urodzeni przywódcy sfory, nie chcą się podporządkować żadnemu przewodnikowi. W razie konfliktu o władzę nie ustąpią i walczyć będą aż do śmierci.
Inne rasy (szczególnie wywodzące się z mieszańców wiejskich lub psów myśliwskich) są raczej obdarzone przerostem instynktu ucieczki. Przy okazji wspomnę, że większość naszych psów domo­wych wywodzi się właśnie z takich, ustalonych w postaci ras, psów wiejskich. Psy te przy stykaniu się przez niezliczone pokolenia z batem i butem swego nie tyle chleboco ochłapodawcy nabrały doświadczenia, że lepiej ulegać instynktowi ucieczki aniżeli bojo­wemu.
Abstrahując jednak od kwestii rasy 1 przyjąć można, że do obro­ny nadają się psy o silniej wyrobionym instynkcie bojowym, lecz z przyczyn poprzednio wymienionych nie takie, które mają w zu­pełnym zaniku instynkt ucieczki. Przez właściwe wychowanie można wpłynąć koryguj ąco na stosunek obu tych instynktów, do­starczając psu doświadczeń, w których nabierze on wiary we wła­sne siły.
1 Do tzw. ras policyjnych zalicza się oficjalnie: airedale-terriery, boksery, brodacze monachijskie — olbrzymy, dobermany (doberman pinczery), owczarki niemieckie (alzackie), rottweilery.
Do obrony nadają się mniej więcej wszystkie psy duże i średnie z wyłą­czeniem chartów i psów myśliwskich. Jednakże wśród wielu rodów wyżłów kontynentalnych znajduje się szereg psów o dobrych kwalifikacjach obroń­czych.
Ćwiczenia mające na celu przygotowanie psa do służby obroń­czej rozpoczyna się dopiero w okresie jego dojrzewania, tj. nie wcześniej niż w szóstym, a zwykle dopiero po dziewiątym miesią­cu lub nawet później — zależnie od indywidualnych właściwości danej jednostki. Przed przystąpieniem do tych ćwiczeń pies musi bezwzględnie nauczyć się chodzenia przy nodze, warowania lub siadania na rozkaz — i to w sposób niezawodny. Musi być wyszko­lony w karności na tyle, by w normalnych warunkach przychodził natychmiast na wołanie do pana i rozumiał komendę „zostań" oraz „daj głos!".
Pierwszych kilkanaście lub co najmniej kilka ćwiczeń przera­biamy trzymając psa na długiej, lecz mocnej lince i szerokiej obro­ży (w żadnym wypadku nie dławiącej ani kolczastej). Jak zawsze tak i tutaj należy stale zmieniać teren ćwiczeń, osobę i strój po­mocnika, aby nie doszło do wadliwych skojarzeń, związanych z miejscem lub osobą. Pamiętać trzeba także, iż z ćwiczeniem obrony nie wolno łączyć żadnego przykrego przymusu ani innych ćwiczeń, zwłaszcza niemiłych dla psa, by uniknąć skojarzenia, że po obronie następują rzeczy nieprzyjemne.
Próbę mającą na celu poznanie charakteru psa najlepiej prze­prowadzić w pobliżu domu. W podwórzu lub znajomym ogrodzie, gdzie nie dzieją się rzeczy odwracające uwagę. W polu widzenia psa towarzyszącego nam wolno „przy nodze" zjawia się pomocnik i w pewnym momencie zachowuje się agresywnie. Na razie nie usiłuje psa uderzyć, lecz ogranicza się do wymachiwania w jego kierunku ręką, tupania itp.
Pies zareaguje na to mniej lub więcej gwałtownie. Zachowanie jego będzie dla nas wskazówką, który z instynktów przeważa i w jakim stopniu.
Jeżeli pies odruchowo zaszczeka lub nawet rzuci się w kierunku napastnika, to będziemy mieli łatwe zadanie. Wówczas wystarczy tylko właściwie skierować jego naturalny instynkt obrończy. Go­rzej jest, jeśli pies wśród objawów strachu cofnie się do nas. Lecz i wtedy jeszcze sprawa nie zapowiada się zdecydowanie źle. Instynkt ucieczki podporządkowany jest instynktowi sfory, który nie pozwala psu na opuszczenie pana. Przy właściwym wychowa­niu można go wyszkolić nawet na bardzo dobrego obrońcę. Najgo­rzej będzie, gdy pies pod wpływem przerażenia, nie oglądając się za panem, zacznie uciekać, gdzie go oczy poniosą. Wtedy widzimy, że instynkt ucieczki przeważa nad instynktem sfory.
Przygotowanie takiego psa do obrony będzie zadaniem mozol­nym, wymagającym wiele pracy i cierpliwości, a rezultat tej pracy — wątpliwy. Skoro po kilkunastu tygodniach nie ma poprawy, to pies taki do służby obrończej się nie nadaje. Trzeba go również wyłączyć od dalszej hodowli.
Nie można jednak wydać ostatecznego orzeczenia dyskwalifi­kującego, jeśli pies nie jest zupełnie dorosły; należy powtórzyć szereg doświadczeń, gdy przekroczy 18 miesięcy. Jeżeli i wtedy okaże się niezdatnym, to naprawdę szkoda czasu na naukę obrony, a często i w ogóle na wszelką naukę (myślę tutaj o psach ras użyt­kowych niemyśliwskich, bo np. legawiec lub płochacz może być przydatny do polowania, mimo że brak mu instynktu bojowego).
Komu więc pies nie wystarczy jako motyw dekoracyjny w mie­szkaniu, niech raczej pozbędzie się swego pechowego nabytku i poszuka innego psa, o normalnym usposobieniu. W żadnym wy­padku jednak, choćby pies był najpiękniejszy, niech nie używa go do hodowli, by oszczędzić innym miłośnikom wartościowego psa rozczarowań.
Pomocnik w czasie nauki obrony powinien być ubrany możliwie normalnie. Wadą dawnych treserów było używanie „figurantów" odzianych w nieforemne worki, jak kukły, na które szczuto psa do zapamiętania. Efekt był ten, że pies rzucał się „jak wściekły" na sam widok takiego stroju. Gdy figurant porzucił swą osłonę, to pies dalej tarmosił łachmany nie troszcząc się o osobę napastnika. I co najśmieszniejsze, treserzy zachwalali swe psy jako „wspaniale przygotowanych obrońców".
Pomocnik imitujący napastnika musi być tak ubrany, by przy dalszych ćwiczeniach, gdy pies będzie go atakować, nie był nara­żony na pokaleczenie. Wystarczy na to gruba watowana kurtka lub po prostu stary płaszcz zimowy, pod który pomocnik wkłada jeszcze drugą marynarkę — i podwójne spodnie ze szczególnym zabezpieczeniem siedzenia i tyłu łydek. Najwięcej jednak może ucierpieć prawe ramię i przedramię, które będzie przy właściwej nauce celem ataku psa. Trzeba więc przygotować sobie rodzaj skó­rzanego rękawa, mocnego, ale pozwalającego na pewną swobodę ruchów. Rękaw taki, odpowiednio długi, by mógł chronić również dłoń, przymocowuje się do barku i wciąga na marynarkę lub ko­szulę, pod grubą, lecz mniej więcej normalnie wyglądającą kurtkę, aby pies nie utrwalił sobie w pamięci że „wróg", to człowiek o skó­rzanym rękawie.
Pomocnik inscenizuje agresję, a pan (o ile pies zachowuje się również agresywnie) woła „broń" (czy inne dowolne hasło) i po­zwala atakować przestępcę. Jeśli pies zachowuje się z rezerwą lub biernie — przewodnik słowem i gestami prowokuje go do walki. Skoro tylko pies szczeknie albo rzuci się w kierunku „napastnika", choćby nawet nieśmiało, ten natychmiast cofa się o krok lub parę kroków. Powstaje więc skojarzenie, że napastnik się boi i pies 0    nawet niezbyt ujawniającym się instynkcie bojowym nabiera wiary w swe siły.
Gdyby pies nie chciał się zdecydować na atak i był wybitnie nieśmiały, przenosimy następnie ćwiczenie do domu, gdzie pies czuje się „u siebie". Na miejscu jego podajemy mu do obgryzania smakowitą i dużą kość. Napastnik próbuje kość zabrać. Wtedy nie trzeba będzie wiele zachęty, by pies „bronił", sam przechodząc do agresji. „Napastnik" cofa się ilekroć pies go atakuje, bodaj przez oszczekiwanie. Z chwilą gdy pies cofa się lub obojętnieje, napast­nik ponawia próbę zbliżenia.
Przypominam, że ani przewodnik, ani nikt z domowników, ni­gdy i w żadnej sytuacji nie powinien się droczyć z psem. W ten sposób podkopuje się zaufanie do pana i można zupełnie niepo­trzebnie wywołać u psa podnietę do walki o władzę nad sforą. Pies, zwłaszcza obrończy, ma być tak chowany, by przed nim ustę­powali wszyscy — oprócz pana, przed którym znów on ustępuje zawsze. Nigdy nie powinna powstać sytuacja, w której pies mógłby powziąć wątpliwości co do stanowiska pana. Po co więc w ogóle pozwalać na powstawanie myśli, które trzeba by jak najenergicz­niej dosłownie „wybijać" psu z głowy.
Po kilku takich ćwiczeniach, kiedy pies się przekonał, że różni „napastnicy" cofają się o ile on przyjmie postawę agresywną, prze­chodzimy do dalszej fazy nauki obrony. Teraz „napastnik" co prawda cofa się, lecz już mniej gwałtownie i drażni psa z daleka patykiem czy nawet lekkim uderzeniem. Pan trzyma psa na dłuż­szej lince, na taki dystans, by pies nie mógł dosięgnąć napastnika 1    podnieca coraz ostrzej hasłem „broń", dobrze już znanym z po­przednich ćwiczeń. Gdy pies dostatecznie się podniecił walką na dystans — co nie powinno się zbytnio przeciągać — pan wraz z psem doskakuje do napastnika. Ten stara się tak ustawić, by pies przypadł do jego prawego boku — i wymachuje nadal ręką, aby psa sprowokować do ugryzienia w prawe przedramię. Cel ten zo­stanie bez trudności osiągnięty przy pierwszym ćwiczeniu. Trzeba tylko, by pomocnik grający rolę napastnika wykazał odpowiednią umiejętność. Po krótkim szamotaniu się przewodnik woła „puść" — równocześnie odciąga psa i uspokaja go. Przez cały ten czas „na­pastnik" stoi nieruchomo, ewentualnie z rękami podniesionymi.
Poprzednie ćwiczenia, przeprowadzone na lince, można następ­nie też w ten sposób urozmaicać, że psa wiążemy przy jakimś moc­nym kołku, a sami stajemy opodal.
Pomocnik przechodzi spokojnie obok psa — i wtedy pies nie powinien reagować. Dopiero w chwili agresji „napastnika" może pies również okazywać agresję. Zależnie od tego czy pies jest za mało, czy za bardzo agresywny, powtarzamy ćwiczenie modyfiku­jąc je. Ten sam pomocnik, który poprzednio zaczepiał psa, wraca za chwilę w pobliże, tym razem zupełnie obojętnie, jak normalny przechodzień. Wtedy oczywiście nie dajemy hasła „broń" i pies powinien zachowywać się spokojnie.
Celem tych ćwiczeń jest, by pies zrozumiał, że tylko po rozka­zie „broń" wolno mu atakować, a zwyczajnych przechodni napa­dać nie można. Słaby popęd do obrony wzmagamy 'odpowiednim zachowaniem się pomocnika. Agresywność psa wobec spokojnych przechodni tłumimy rozkazami „waruj" i „siad". Ćwiczenia te są zarazem doskonałą okazją do utrwalenia poprzednio już przera­bianych ćwiczeń karności, warowania przy panu i na odległość. Wolno jednak stosować je tylko wtedy, gdy psa ponosi zbytnia pasja przy obronie.
Jeżeli pies tej pasji nie wykazuje w nadmiarze, nie trzeba nad­używać deprymujących rozkazów, aby mu nie obrzydzić obrony. Krótko mówiąc należy utrwalić skojarzenia: „Broń" — to impuls do ataku, tak samo jak agresja. „Puść" lub samo zastygnięcie na­pastnika w bezruchu z podniesionymi rękoma — to sygnał do za­przestania walki. Nie można doprowadzić do tego, aby pies na własną rękę rzucał się na spokojnych ludzi, choćby byli ubrani podpadająco lub szybko biegli. Atak jest dozwolony tylko na roz­kaz „broń" lub dla odparcia agresji skierowanej przeciwko prze­wodnikowi lub psu — ustaje zaś w chwili, gdy pan da sygnał albo „napastnik" podniesie ręce do góry.
Kto nie nauczy psa posłuszeństwa na hasło „puść" lub zaczyna naukę obrony z psem niekarnym i nie wracającym bezzwłocznie na zawołanie, ten poza różnymi nieprzyjemnościami i wydatkami na odszkodowania, może być pociągnięty do karnej odpowiedzial­ności za swą lekkomyślność.
Przy tej okazji chciałbym każdemu posiadaczowi większego psa, a także każdemu myśliwemu gorąco poradzić, aby się ubezpieczył od odpowiedzial­ności cywilnej. W ten sposób uniknie wielu kłopotów, które nawet przy największej dbałości mogą się zdarzyć. Wiadomo bowiem powszechnie, że pretensje i apetyty na odszkodowanie maleją znacznie u „poszkodowanych", gdy dowiedzą się oni, że za szkodę odpowiada zakład ubezpieczeń, a nie właściciel psa.
Pies obrończy ma tylko wtedy wartość, gdy jest karnym wykonawcą rozkazów swego pana — w przeciwnym razie staje się przykrą bestią, nie­bezpieczną dla otoczenia, a kłopotliwą dla właściciela. Kto nie jest pewny swego psa, a co ważniejsze, swych zdolności w dziedzinie znawstwa psiej psychologii, niech raczej zrezygnuje z uczenia psa obrony, i niech go w ogóle nie szkoli na atak.
W czasie dalszych lekcji napastnik zachowuje się coraz agresyw­niej, aby pies nauczył się atakować nie na ślepo — lecz by nabrał wprawy w wymijaniu ciosów kija czy buta. Pies zawsze powinien atakować od tyłu do prawej ręki napastnika — wtedy najmniej jest narażony na uderzenia i równocześnie najskuteczniej parali­żuje napad.
Następne ćwiczenia obejmują obronę pana przed niespodziewa­nym atakiem. Pomocnik ukryty np. w bramie domu, koło którego przewodnik przechodzi z psem, wykonuje zamach. Pies w takim wypadku powinien samorzutnie przystępować do obrony, lecz zawsze na sygnał „puść" zaniechać ataku i na dalszy rozkaz przejść do pozycji „waruj" lub „siad!", skoro tylko przewodnik zauważył nadmierną chęć agresji.
Pies obrończy wymaga stałej, uważnej obserwacji, by nie zaata­kował osób, które przez pomyłkę wziął za wrogów, jak np. osoby żywo gestykulujące w rozmowie z panem, serdecznie z nim wita­jące się (lub co jest najczęstszym powodem nieporozumień), po­magające mu przy wkładaniu albo zdejmowaniu palta.
Na odgłos strzału pies nie powinien ani bać się, ani reagować ujadaniem. Dlatego też przy wszystkich ćwiczeniach i spacerach należy oswajać psa ze strzałami. W tym celu poleca się pomocni­kowi, aby początkowo na większy dystans strzelił, np. z korkowca. Przewodnik nie zwraca na to uwagi i kontynuuje spacer względnie ćwiczenie, a w razie objawów strachu działa na psa uspokajająco. Następne strzały padają z kolei coraz to bliżej — odległość ich zmniejsza się, gdy pies przestaje okazywać niepokój. Gdy pies jest już „ostrzelany" na bliski dystans i zachowuje się spokojnie, za­czyna zarówno przewodnik, jak i pomocnik posługiwać się stra­szakiem w czasie ćwiczeń obrony. Pies powinien w tej fazie być już dobrze przeszkolony w obronie, atakować z tyłu lub boku pra­we ramię „wroga" i przerywać atak natychmiast na rozkaz pana lub poddanie się napastnika. Atak na prawe przedramię powinien pies wykonywać również wtedy, gdy napastnik strzela.
Teraz jeszcze pozostałoby nauczenie psa, by nie wchodził przed lufę. Uzyskuje się to w ten sposób, że napastnik nabija rewolwer łuską, w której zamiast kuli jest kuleczka parafiny lub wosku i tymi nabojami strzela do psa, o ile ten atakuje z przodu. Rzecz jasna, nie wolno trafić w głowę, by nie uszkodzić oka. Ból zadany psu takim pociskiem prędko zapozna go z nieprzyjemnością połą­czoną z podstawianiem się na cel przeciwnika. Pies tym prędzej przyswoi sobie atak z tyłu, im częściej przekona się, że tył jest słabą i nieszkodliwą stroną wroga, przód natomiast niebezpieczny.
Również w praktyce, w wypadku prawdziwego napadu, najwię­cej pomocy da nam pies atakujący z tyłu, przez to, że odbiera prze­ciwnikowi swobodę ruchu, a nam nie zasłania pola strzału.
Do zadań psa obrończego należy wreszcie współpraca przy od­prowadzaniu ujętego przestępcy, lecz to już pomijam, jako ćwicze­nie niepotrzebne dla amatora.

Odtruwanie poalkoholowe warszawa | koraliki | gry | Haki holownicze, tarcze i klocki hamulcowe www.sklep.martec.pl i bagażniki | sklep zoologiczny | BLC4u Groupon | Organizacja imprez firmowych | drapaki dla kotów

Powitanie


Autor w pracy tej wykazał — z jednej strony — ogrom­ne zamiłowanie do czworonogiego przyjaciela człowieka, a z dru­giej — bardzo wszechstronną i głęboką znajomość przedmiotu. W naszej ogólnej sytuacji na odcinku nauk zootechnicznych i ich praktycznego zastosowania odczuwa się wyraźny brak momentu, może nie tyle czysto amatorskiego, co elementu wyraźnego zamiłowania i umiłowania obiektu hodowlanego, którego celem ho­dowli i rozmnażania bynajmniej nie jest wyłącznie tylko jedno­stronnie materialne ujęcie sprawy. Z tej też przyczyny rozwój i rozbudowa tzw. „psiego sportu" ma niewątpliwie szersze zna­czenie niż zakres zamiłowań wąskiego kręgu amatorów tej czy innej rasy psów. Rozwój hodoioli tego najstarszego domowego zwierzęcia niewątpliwie przyczynić się musi do podwyższenia po­ziomu hodowli zwierząt domowych w ogóle, i to bodaj jest jeszcze ważniejsze niż pewne utylitarne względy związane z hodowlą i produkcją psa obrończego, pasterskiego czy myśliwskiego. Ponie­waż zaś rozwój naszej kynologii pomimo wysiłków ze strony Związku Kynologicznego jest ciągle jeszcze bardzo niski, przeto książka niniejsza jest tym bardziej na czasie i niewątpliwie będzie się mogła przyczynić do podniesienia owego poziomu, potrzebując zresztą, rzecz jasna, uzupełnienia ze strony fachowej prasy kynologicznej, której wciąż jeszcze nie możemy się w naszym kraju doczekać.
Teksty unikalne, pisane na zlecenie. Wszelkie prawa zastrzeżone 2009